26

Henri Cartier-Bresson. Świętość nie do zszargania.

Jestem klasycznym przykładem pauperyzacji fotograficzno-intelektualnej. Moja edukacja fotograficzna była tak bogata, że przez jakiś czas znałem tylko jednego sławnego fotografa. Był nim bohater dzisiejszej opowieści – słynny Henri Cartier-Bresson.

Aparaty – automaty i mania sprzętowa

Producent współczesnego aparatu fotograficznego zwalnia nas z myślenia. Uchwyt, przyciski, menu – wszystko to ma być ułożone logicznie. Zdjęcie w trybie P ma w większości przypadków być dobre lub dać się łatwo poprawić w programie graficznym. Czyli nic tylko robić zdjęcia.

Po zrozumieniu wpływu czasu i ruchu na wygląd zdjęcia nic nie stoi na przeszkodzie by praktycznie za każdym naciśnięciem spustu migawki powstawało jasne, ostre zdjęcie, które można pokazać każdemu.

Każdy może zrobić poprawne zdjęcie. W zasadzie powinno to być dopingiem do odkrywania nieznanych światów. Bo resztę robi już za nas aparat. Jeśli jednak ktoś przejrzy setki wpisów na fotograficznych forach, głównym tematem niezliczonych dyskusji i sporów jest sprzęt. Na drugim miejscu plasuje się prezentacja własnych zdjęć, dalej jest obsługa programów graficznych.

Oczywiście, duże portale fotograficzne nie unikają fotograficznej teorii, techniki, możemy tam znaleźć informację na każdy temat. Sami jednak fotografowie najchętniej rozmawiają o sprzęcie, jego zastosowaniu i ostrości. Jakie są reperkusje?

Skutki luk w fotograficznej edukacji, czyli szukanie dziury w całym – przypadek Rabelo.

Przypadek najcięższy i zarazem już z pewnością klasyczny, to słynna podpucha André Rabelo. 11 lat temu André zamieścił poniższe zdjęcie na Flickrze, na grupie DeleteMe! (ang. UsuńMnie!). Członkowie grupy oceniają tam różne fotki i głosowaniem decydują o tym czy zdjęcie zasługuje na dalsze „życie” czy należy ją usunąć. Rabelo nie podał, kto był faktycznym autorem zdjęcia.

Francja. Departament Var. Hyères. 1932. © Henri Cartier-Bresson/Magnum Photos

Oto reakcje członków grupy
„Przyjemnie skomponowane, ale nieostre”
„Ok. I co? Szare, nieostre, małe, dziwnie skadrowane”
„Dlaczego schody są tak rozmyte? Aparat się ruszył? Ale podoba mi się perspektywa”

Rozmyte. Brak tematu. Aparat się trzęsie. Zła przysłona. Zapomniałeś o statywie. Żeby nie było czarno-białe … Dziwnie skadrowane. Całkiem jak siedem grzechów głównych 🙂 Członkowie grupy nie tylko nie poznali jednego z najbardziej znanych zdjęć w historii, ale też przejechali się po nim jak Lennox Lewis po Gołocie.

To pełne „błędów”, „bezwartościowe” ujęcie zostało w 2008 roku sprzedane na aukcji za marne 265 000 $.

Co zabawne, internetowa demokracja nadal wypuszcza swoje owoce. Userzy wiedzący czyje to zdjęcie i tak na różne sposoby chcą pokazać swoją indywidualność pisząc o zdjęciu z rowerzystą jak o czymś banalnym, łatwym do zrobienia: „moja dwunastoletnia chrześnica zrobiła niemal identyczne zdjęcie zwykłym kompaktem”, zapominając jakim sprzętem i kiedy robił swoją fotografię słynny Henri.

Pozytywne przesłanie płynące z tej całej sytuacji uczy nas by nie przejmować się zbytnio anonimową internetową krytyką.

Henri Cartier-Bresson wybitny, ale nie uliczny!

Znacznie subtelniejszą odmianę krytyki zaprezentował Sebastian Jacobitz, pochodzący z Niemiec autor popularnego bloga Street Bounty. Otóż przyczepił się on do słynnego fotografa we wpisie pt. „Czy Henri Cartier-Bresson jest przeceniany?”, konstatując, że HCB jest wybitny, aczkolwiek niekoniecznie można nazwać go fotografem ulicznym (mistrz w grobie się przewraca od doznanej potwarzy).

Na komentowanym już tak odważnie wcześniej przez krytyków flickrowych zdjęciu rowerzysty Sebastian docenia interesującą kompozycję, linie prowadzące, „pewien ruch” i o ile zgadza się, że fotografia ta może być udaną prezentacją „decydującego momentu”, to już niekoniecznie nadaje się by pakować ją do „street photography”. Dlaczego? Bo brakuje mu emocjonalnej wartości i jakiejś historii. Amen.

Inna znana fotografia mistrza, zrobiona podczas wojny domowej w Hiszpanii w 1933 roku ma ponoć również zbyt mało emocji. Poza tym kontakt wzrokowy z fotografowanymi chłopcami powoduje, że zdjęcie trudno zaliczać do kryształowo naturalnych, a skoro tak, to gdzie mu tam do ulicznych.

Hiszpania. Sewilla. 1933 © Henri Cartier-Bresson/Magnum Photos

Jako truskawka w pączku zostaje nam długie wyjaśnienie bez złości, za to dobitnie ukazujące mistrza jako człowieka chętnie posługującego się reżyserią i ustawianiem zdjęć. I wg autora bloga szkoda tylko, że ten reżyser kreowany jest na idola fotografów ulicznych, skoro właściwie fotografem ulicznym nie jest, choć parę dziesiątek porządnych butów na ulicach wytarł.

Jak widzisz, Drogi Czytelniku nawet anioł by nie wytrzymał. Bo jak to, wg Sebastiana rowerzysta ze słynnego zdjęcia jest prawdopodobnie pomagierem bądź asystentem artysty (dobrze, że sympatyczny Sebasian zauważa, że w tamtych czasach HCB nie mógłby zastosować trybu seryjnego nawet gdyby chciał i lubił.

Gdyby komuś było mało, Street Bounty dorzuca przykład kolejnego ikonicznego zdjęcia z człowiekiem przeskakującym przez kałużę. Odbicie skaczącego mężczyzny, powiązane z odbiciem w wodzie pana gapia za płotem i jeszcze do tego figurą na plakacie – to już było dla Sebastiana za dużo, wspomina on o licznych pogłoskach jakoby to zdjęcie też było reżyserowane.

FRANCE. Paris. Place de l’Europe. Gare Saint Lazare. 1932 © Henri Cartier-Bresson/Magnum Photos

Jako kontrprzykład autor bloga podaje „wyzwalające wielkie emocje” słynne zdjęcie Alfreda Eisenstaedta „V-J day” ((Victory over Japan Day — dzień zwycięstwa nad Japonią) z marynarzem całującym pielęgniarkę na Times Square. Mógłbym napisać (ale z wrodzonej złośliwości nie napiszę), że zdjęcie to  mogłaby wykonać smartfonem moja siostrzenica jak miała 3 lata (gdyby wtedy były smartfony). Trudno kłócić się z liczbami, zdjęcie urodzonego w Tczewie niemieckiego Żyda, wieloletniej podpory magazynu Life jest najczęściej reprodukowaną fotografią w XX wieku.

Pokaż komentarze

No Responses Yet