33

Milonga Pod Baranami + test ekstremalny aparatu fotograficznego Fujifilm X-T1

Będą to dwie osobne opowieści. Jedna o bardzo specyficznych wieczorkach tanecznych, druga o możliwościach aparatu fotograficznego Fujifilm X-T1 – czyli: dla każdego coś miłego.

Milonga Pod Baranami

Większość życia spędziłem w Kielcach, dlatego mam jakieś usprawiedliwienie. Mimo niezaprzeczalnej miłości do piwnicznych songów, fascynacji postaciami związanymi z Piwnicą (nie mam tu na myśli wyłącznie artystów tam występujących, ale też wspaniałe osoby powiązane ze sławną grotą luźniej, np. poprzez wspólne towarzystwo, jazz itd. – Horowitz, Karolak, Komeda, Stańko) to był mój pierwszy raz. Wkroczyłem między słynne mury w czasach, kiedy z dawnego klimatu zostały już tylko resztki, lokal mimo niewątpliwych starań i częstych imprez, jest już knajpą jakich w Krakowie wiele. Nie potrafię wytłumaczyć co mnie powstrzymywało, wiem natomiast co mnie zachęciło, żeby tam jednak w końcu wdepnąć.

Tango ma swoją burzliwą historię. W końcu już ponad 100 lat temu londyński „The Times” określił tango jako „w najwyższym stopniu nieprzyzwoite”. I choć taniec ten szybko wkroczył na salony, to jednak nadal cieszy nas swoją wieloznacznością. Melancholia, specyficzna i skomplikowana (tak!) etykieta (zapraszanie do tańca bez użycia słów, za to z pomocą wyrazistych gestów), zmysłowy ubiór tancerek i gorący, pełen wspólnej improwizacji taniec. Skumulowana seksualność połączona z wcieleniem emocji towarzyszących każdemu związkowi – tango wygląda jak uniwersalna historia miłości. Można by rzec, że przecież salsa, bachata – także są zmysłowe, ale na zdecydowanie bardziej hedonistyczny i mniej subtelny sposób.

Każdy ma jakieś skojarzenie związane z tangiem. Dla mnie to mecz Polaków z Argentyną w 1978 roku, „To ostatnia niedziela” Mieczysława Fogga, tango z „Lekcji poloneza” – odcinka filmu „Polskie Drogi”, Carlos Saura, muzyka Piazzoli (w tym cudna płyta Ala Di Meoli z World Sinfonią „Heart of the Immigrants„), niezapomniany taniec Emmanuelle Seigner z Harrisonem Fordem w filmie „Frantic” Polańskiego, pląsali wtedy do wspaniałej wersji Libertango w wykonaniu Grace Jones i fantastycznych jamajskich muzyków. Do tego dochodzi wspomnienie z pierwszej lekcji tanga nowoczesnego wiele lat temu na warsztatach tanecznych w Poznaniu, kiedy tango w Polsce dopiero zaczynało być modne, po latach PRL-owskiej posuchy (w dwudziestoleciu międzywojennym w Polsce panowało tangowe szaleństwo – skomponowano wtedy około 4000 polskich tang). I oczywiście wszczepienie tanga w nowoczesną muzykę taneczną, czyli niesłychanie modni przez jakiś czas, także w Polsce – Gotan Project.

Pod Baranami tańczy się tango. W każdą środę. Zabawa zaczyna się od standardowej lekcji dla początkujących, przechodząc potem płynnie w dwugodzinną milongę, czyli rodzaj tango-potańcówki. Jest na co popatrzeć, bo niektóre pary wymiatają.

Fujifilm X-T1

Najlepiej oświetlone miejsce w Piwnicy to okolice baru. Można tam spokojnie przejrzeć gazetę. Tam gdzie się tańczy jest jednak dużo ciemniej. Jeśli ktoś z Was fotografuje śluby, to z pewnością wie, że w starych kościołach warunki są bardzo wymagające, szczególnie dla aparatów starszej generacji (np. tych produkowanych w latach 2005-2013).

Wyobraźcie sobie angielski kościół lub małą, stareńką polską kapliczkę gdzieś w górach – jeśli nie byliście, uwierzcie, jest naprawdę ciemno. W Piwnicy pod Baranami jest jednak dużo gorzej. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale postanowiłem spróbować, był to więc rodzaj testu w warunkach bojowych, skrajnych.

Dlaczego Fuji X-T1? Bo mam 🙂
Tak zupełnie poważnie, zakup Fuji X100S spowodował u mnie często spotykaną przypadłość – niechęć do noszenia na zdjęcia czegokolwiek cięższego niż 500-700 g. Nie noszę i już! Poważny i szanowany przez znajomych sprzęt Nikona leży odłogiem od blisko roku. Brzmi znajomo i banalnie? No pewnie, że tak!

Jakiś czas temu przez mój czerep prześlizgnęła się diabelska myśl: a gdyby tak pozbyć się część gratów, np. któregoś mniej potrzebnego nikosia i w zamian za to kupić coś co nieco bardziej (bardziej niż Fuji X100S) nadaje się do profesjonalnej fotografii? Coś ze sprawnym układem AF, coś co nie waży, wygląda i do tego ma duszę?

Znam fenomenalne zalety sprzętu Sony, ale doceniam ogromnie filozofię Fuji – tworzenie możliwie małych, lekkich, metalowych, wytrzymałych, eleganckich narzędzi do codziennego fotografowania. Szukałem czegoś używanego, z dołączanym obiektywem, coś co da radę zarówno na ślubie jak i podczas dowolnego reportażu.

Fuji za psi grosz

Okazją roku 2018 w krainie Fuji jest bez wątpienia absolutny klasyk – model z roku 2012 – Fujifilm X-Pro1. Mowa jest oczywiście o sprzęcie z drugiej ręki. Ale tuż zaraz po nim na wyprzedażach króluje X-T1, którego nabyłem drogą kupna tuż przez całkowitym zniknięciem z rynku. Bujają się jeszcze w Polsce pojedyncze egzemplarze, obecnie w adekwatnych cenach, bez cudownych okazji, bo jak wspomniałem – są to ostatki.

Swój kupiłem dosłownie w ostatniej chwili, czekając na pieniądze od znajomego za Nikona D7000, jako jedną z ostatnich sztuk w necie. Jaki jest sens zamiany aparatu o matrycy APS-C na aparat o matrycy … APS-C? Chodzi o 3 kwestie:

  • wagę (Nikon d7000 z najlżejszym obiektywem 35 1.8 to prawie kilogram, X-T1 z podobnym szkłem to ok. 600 g)
  • dyskrecję (Fuji w trybie elektronicznej migawki jest wręcz bezszelestny)
  • olbrzymi elektroniczny wizjer X-T1, który umożliwia podgląd na żywo symulacji zdjęcia w czerni i bieli lub w kolorze, ekspozycji, podglądu balansu bieli, głębi ostrości (krótko mówiąc, wiem co jest grane zanim wykonam zdjęcie).

Eksperyment

Decyzję podjąłem, aparat zakupiłem. Teraz parę słów o teście. Chodziło o przetestowanie niedawnego flagowca, aparatu używanego przez niektórych w trudnych warunkach (wspomniane ciemne kościoły) – w sytuacji ekstremalnej. Witamy Państwa w Piwnicy pod Baranami!

Założenia testu/eksperymentu:

  • Miało być ciemno, ciemno, bardzo ciemno. Jedyne światło w najsłynniejszej polskiej piwnicy pochodzi z nielicznych, maciupkich ledówek (jeśli dobrze pamiętam)
  • Fotografowane obiekty (tancerze) poruszają się tam zwykle w wolnym lub średnim tempie, niektóre ruchy nogą (tancerek) są szybkie lub wręcz błyskawiczne. Przy tym tempie i rodzaju ruchu idealnie by było, gdybym miał do dyspozycji czasy rzędu 1/125 – 1/250 (+ od czasu do czasu jakiś dłuższy czas) – sęk w tym, że czasy te nie są dostępne (z wyj. mocno niedoświetlonych ujęć), a chciałem fotografować z ręki, bez statywu
  • Wykluczyłem użycie dodatkowego oświetlenia (lampa błyskowa, video light). Miało być dyskretnie i naturalnie. Po kilku błyskach subtelne tangowe towarzystwo prawdopodobnie powiesiłoby mnie na lampie (u sufitu)

Sami widzicie, że sytuacja była nieco przerąbana. Nie chciałem przekraczać maksymalnego sensownego dla tego aparatu ISO – 6400. Wolałem nawet, żeby ISO było niższe, ale to nie było możliwe. Jak żyć?

Zderzenie z rzeczywistością

W praniu okazało się, że mój optymizm był nieuzasadniony. Chcąc uchwycić ruch w planowanym zakresie czasów migawki byłem skazany na mocne niedoświetlenie przy ISO 6400! Postanowiłem to wykorzystać i zbadać kolejną cechę cudownego X-T1 – tzw. ISO Invariance. Cóż to takiego? Otóż, owóż są na tym świecie aparaty praktycznie obojętne na podwyższanie ekspozycji w postprodukcji. Czyli zdjęcie z ISO 6400 wygląda prawie identycznie pod względem ilości i jakości szumów jak mocno niedoświetlona fota zrobiona np. na ISO 200 („doświetlona” później przez przesunięcie suwaka ekspozycji w programie do edycji RAW).

Można zapytać, a cóż w tym niezwykłego? Dowcip tkwi w tym, że przez całą epokę cyfry łupanej uczono fotografów naświetlać „do prawej”, żeby maksymalizować jakość zdjęcia. Czyli najwyższa możliwa ekspozycja nie prześwietlająca ujęcia uchodziła za idealną. Rzeczą zakazaną było natomiast niedoświetlenie fotografii i wyciąganie cieni w postprodukcji. Z jednego prostego powodu: podniesienie ekspozycji powodowało również wzmocnienie szumów zapisanych w RAW, zamaskowanych przez wcześniejsze niedoświetlenie. Proste przesunięcie suwaka ekspozycji w Lightroomie w prawo powodowało wyciągnięcie zamiecionych „brudów” na sam wierzch. Do tego szumy te wyglądały znacznie gorzej niż w przypadku prawidłowej ekspozycji od początku, już w aparacie.

Nowoczesne aparaty ISO-less dają wymierne korzyści, szczególnie fotografującym wieczorem i w nocy. Korpusy: Nikon D750, Fuji X-T1 i np. Sony A7RII, ale też np. Nikon D7100 pozwalają dzięki zjawisku ISO invariance na celowe niedoświetlenie ujęcia w celu ochrony świateł (pomocne przy wysokim kontraście po zmierzchu), potem można przywrócić to co trzeba w edytorze zdjęć.

Kiedy jest ciemno nie jest też łatwo właściwie ocenić ilość szumów na zdjęciu mając do dyspozycji jedynie wizjer lub LCD. Łatwo przesadzić z ISO i szumami. Zdecydowanie bezpieczniejszą taktyką jest niedoświetlenie obrazka, a ten aparat na to pozwala bez widocznych szkód!

Rozwój technologii dotknął też oczywiście radzenia sobie z szumem. Aparaty robią wolne od ziarna zdjęcia na coraz wyższym ISO (choć czynnikiem decydującym jest nadal jasność użytego obiektywu i czas migawki, ale to temat na inną opowieść). A jak poradził sobie nasz bohater?

Werdykt

Fuji X-T1 zatańczył milongę śpiewająco. ISO 6400 dało niedoświetlenie ok. 2 działek przysłony. Równało się to średniemu podniesieniu ekspozycji w programie do obróbki o 2 EV. Oczywiście, robiłem to najczęściej miejscowo, bo zdjęcie doświetlone do 25600 ISO nie mogło wyglądać dobrze. Ale na przekór wszystkiemu efekt jest zadowalający. Przy takiej ekspozycji nie spodziewałem się oczywiście utrzymać dynamiki obrazu, wiedziałem, że szum będzie ostry, ale jego jakość jest intrygująca. Praktycznie zero wrażego kolorowego szumu, szum biały nad którym można zapanować, zaskakująco dobre kolory. Oczywiście, detal mocno zanika, ale do diaska, toż to była jedna z najciemniejszych piwnic w Krakowie!

Układ autofokusa sprawuje się zaskakująco dobrze. Oczywiście nie jest to celność i szybkość znana z profesjonalnych reporterskich lustrzanek przeznaczonych do fotografowania sportu, daleko też aparatowi Fuji do Nikona D750. Prawidłowo użytkowany jednak jest całkowicie satysfakcjonujący, absolutnie nie odczuwałem braku czegokolwiek. Jego waga i inne wspomniane wcześniej zalety rekompensują z nawiązką drobne niedociągnięcia. Oczywiście, w tak słabym świetle warto też czasem zapomnieć o AF i ostrzyć ręcznie.

Podziękowania

Zdjęcia te powstały dzięki uprzejmości Marianny, która prowadzi od lat milongi w Piwnicy pod Baranami. Dziękuję także wyrozumiałym tangueros, którzy jako prawdziwi pasjonaci zupełnie nie zwracali uwagi na moją skromną osobę, co niezmiernie ułatwiło mi fotografowanie.

Pokaż komentarze

No Responses Yet