26

W pogoni za Franciszkiem

To będzie kolejne wspomnienie. Tym razem opowieść o wielkiej gonitwie. I nie mam tu na myśli Wielkiej Pardubickiej.

Bycie władcą, czy też nawet prezydentem miewa wiele uciążliwych stron. Calvin Coolidge odwiedzając amerykańskie miasteczka często wybierał się na ryby. W 1927 roku zajrzał do Rapid City, w rejony indiańskich rezerwatów. Codziennie rozkoszował się spacerami i połowami pstrągów, które szukały wręcz jego haczyka. Nie wiedział biedak, że na wodzie zrobiono zasieki z drutu, a wyławiane ryby pochodziły z hodowli i były wpuszczane przez życzliwych w odpowiednich momentach (jelenie podczas polowań również były naganiane).

Prezydent Coolidge nie był jedyną ofiarą takich poczynań. To powszechnie stosowana praktyka wprawiania władców w dobry humor. Znalazła nawet nieraz swoje miejsce w kinematografii, choćby w słynnej scenie w klasyku Sylwestra Chęcińskiego „Nie ma mocnych”, z podrzuconym na polowanie „dzikiem”.

Moje pierwsze prawdziwe bieganie po ulicach z aparatem jest silnie związane ze Światowymi Dniami Młodzieży. Zostałem w mieście przez przypadek, wiedziałem, że będzie ciekawie, ale nie nastawiałem się na żadne ostre fotografowanie, a tym bardziej konkretny reportaż, poukładaną opowieść.

Zaczęło się od zdjęć pozowanych przyjezdnej młodzieży, która ochoczo wystawiała swe kolorowe uśmiechy do obiektywu, młodzi sami zresztą masowo robili selfie. Ale szczególnie Agnieszce najbardziej zależało na zdjęciu papieża Franciszka.

Kiedy myślę o tym z perspektywy czasu, nasuwa się właśnie skojarzenie z Coolidge’em. Mając akredytację czy zezwolenie na przebywanie w bezpośredniej bliskości papieża czy głowy państwa niewątpliwie mamy dużo łatwiej, element polowania odpada. Możemy się się skupić na fotografii. Kiedy jednak przypominam sobie nasze radosne podniecenie i poszukiwanie papieża Franciszka na wszystkich trasach, na których teoretycznie miał przejeżdżać, stanie w deszczu Agnieszki zakończone pełnym sukcesem – cieszę się, że nie było tak łatwo, że trzeba było trochę pobiegać, się wysilić i czasem dobrze zmęczyć, taki sukces smakuje chyba inaczej.

Nasze zdjęcia zrobione podczas krakowskich Światowych Dni Młodzieży niewiele mają wspólnego ze streetem. To raczej zabawa w dokument. Choć nie … byłbym zapomniał – nogi bolą tak samo, swoje trzeba było wybiegać. Kilkanaście kilometrów dziennie, przez kilka gorących, letnich dni skutkowały przesunięciem paska w spodniach o kolejną dziurkę. Street to zdrowie!

Pokaż komentarze

No Responses Yet