27

Tattoofest w Krakowie – festiwal dla miłośników tatuażu i sztuki ulicznej

Dźwięk dominujący to delikatne “cyfrowe bzyczenie”. Dziesiątki elektrycznych maszynek do tatuażu szybko jednak dają o sobie zapomnieć, bo wrażeń jest aż nadto.

Na kozetkach leżą “ofiary” – osoby, które zdecydowały się na tatuaż. Okazja jest wyjątkowa, bo wybór jest niesłychany: wszelkie możliwe techniki tatuażu (od tradycyjnych z użyciem młoteczka do najnowszych), style, szkoły, ludzie z wielu krajów. Można porównać i zobaczyć co naprawdę nam odpowiada.

Atmosfera pełna akceptacji, tatuaż tu jest sztuką, zwiedzający często chcą tylko pooglądać, bo mają obrazki na ciele, lubią to i szukają nowych wrażeń. Krakowski Tattoofest odbył się po raz 13, doświadczenie organizatorów widać na każdym kroku. Potrafili stworzyć z tego rodzaj święta, więc wielu uczestników kupuje karnety na całą dwudniową imprezę.

Po pierwsze i najważniejsze: dla tak dużej imprezy, z wieloma stoiskami, setkami odwiedzających musi być przestrzeń. Hala Expo jest do tego stworzona: wielkość, ilość i jakość toalet, salek, ilość wyjść – to wszystko robi wrażenie.

Dla każdego coś miłego, już na wejściu wita nas zestaw kramów z nietypową biżuterią (do piercingu, ale także kolczyki), odzieżą, akcesoriami. Dla dzieci jest specjalny kącik, z animatorkami i możliwością pomalowania sobie buzi “na kotka”. Dalej widzimy wystawy artystyczne, w tym zdjęcia uliczne i instalacje. W hallu jest też zazwyczaj dj, stanowiska usługowe: piercing, customizacja butów itd.

Na zewnątrz widziałem coś dla miłośników dwóch lub więcej kółek: jedyne w swoim rodzaju rowery od Kahaki Bikes, oryginalne motocykle, stanowiska do zabawy na deskorolkach, ściany do graffiti i duża strefa gastro – podobnie jak inne punkty programu jest starannie dobrana, tak by można było co rok spróbować coś nowego i niepowtarzalnego. Żadnych grilli, kiełbasek, kebabów, banalnych lodów czy naleśników – tu wszystko ma duszę i pomysł.

To nie koniec atrakcji, bo na hali głównej oprócz boksów twórców są kolejne stanowiska z pyszną kawą, napojami i last but not least – scena główna. A na niej przez cały dzień konkursy dla autorów tatuaży, występy muzyczne, taneczne, czasem nietypowe (jak w ubiegłym roku, kiedy furorę robiła Lucky Hell połykająca noże i zionąca ogniem).

Dzieje się co niemiara, dla zmęczonych są w hallu wygodne leżaki i pufy, jest gdzie usiąść, co zjeść, obejrzeć, w każdej strefie jest muzyka. Nawet gdybym nie fotografował, spokojnie mógłbym tam spędzić kilka godzin i to przez dwa dni, mimo, że się nie tatuuję. Zdecydowanie jedna z najciekawszych i najlepiej zorganizowanych imprez w Krakowie. Dla każdego fana sztuki ulicznej.

Przeczytaj też o krakowskim festiwalu tatuażu tutaj

Pokaż komentarze

No Responses Yet