12

Warsztaty u Mistrza, czyli jak się zaczęła moja przygoda z fotografią uliczną

Fotografia uliczna uśmiecha się do mnie na warsztatach u Mistrza.

Warsztaty prowadził słynny polski fotograf znany nie tylko z epokowych zdjęć, ale także z autorskiego programu rozjaśniania mroków fotograficznej niewiedzy.

Jego mina mówiła wszystko, a dobrotliwa kpina była najniższym wymiarem kary.

– Ehmmm … dlaczego pan zrobił to zdjęcie?
– Patrzę: gołębie, niżej damska toaleta, tak sobie skojarzyłem, że to jest taka ich toaleta, tych gołębi … – mruknąłem bez przekonania.

Spojrzenie Mistrza było nie do opisania. Zdumienie i zaduma nad meandrami ludzkiego umysłu, oczy wychodzące z orbit, cień uśmieszku i serdecznego politowania. Po chwili ujrzał następne ujęcie, które zupełnie go zbiło z tropu.

– Pan zrobił to zdjęcie? Napraaawdę? (z lekkim przekąsem)
– Ja – rzuciłem skromnie.
– No to, to, to jest fotografia (serce omal nie wyskoczyło mi z piersi, równocześnie poczułem ogromną ulgę i przynależność do lepszego świata).

Następne zdanie, będące równocześnie puentą:
– Jak to możliwe, że można zrobić dwa tak zupełnie różne zdjęcia?

Moja mina nie budziła wątpliwości. Byłem karpiem.
Drugi dzień należał już do mnie, czułem się jak ryba w wodzie.


Wszystko zaczęło się od zbiegu okoliczności, ktoś zapisał się na warsztaty i był zmuszony z nich zrezygnować, szczęśliwym trafem byłem gotowy do zastąpienia go w odpowiednim miejscu i czasie.

Mistrz wyznaczył nam zadanie, które polegało na … zabawieniu się w streetowca. Aparat, dobre buty i poszukiwanie interesujących kadrów. Gdzieś tam w głowie miałem mdławy obraz jak to powinno wyglądać, ale generalnie nie miałem o streecie zielonego pojęcia. Wiedziałem tylko, że muszę zrobić coś dziwnego, niezwykłego nawet jak na swoje przyzwyczajenia.

Pierwsze kroki skierowałem na Rynek Kleparski. Tak, tam też są gołębie. I tak to wszystko się zaczęło.

I jeden kolor na deser.

Pokaż komentarze

No Responses Yet